06/02/2023

Mexican drive, czyli meksykańska jazda bez trzymanki

 

Buenos dias!
Miałem możność jeździć autem i motocyklem w wielu krajach na świecie. W Meksyku posiadanie auta jest często nie tyle luksusem, co koniecznością. Ogromne przestrzenie miast wiążą się z systemem komunikacji, który – choć istnieje – często nie spełnia oczekiwań.

Problem komunikacji w przeogromnej metropolii Ciudad de Mexico rozwiązuje w jakiejś mierze aż dziesięć linii metra. Przemierzając Miasto Meksyk najczęściej poruszam się tym właśnie środkiem transportu publicznego. Pomimo tłoku w szczytowych godzinach ruchu, jest on szybki i wygodny, a proste opisy (z odpowiednimi grafikami dla niewielkiej grupy analfabetów i nie znających języka turystów) pozwalają bez przeszkód dotrzeć do celu podróży. Wagony metra to też miejsce pracy, czy dokładniej: handlu, dla niektórych. Są metrowi grajkowie, obnośni sprzedawcy niewielkich gadżetów, czy też muzyki z mp3 zgranej na cd. i wielu innych, niekiedy zaskakujących przedmiotów. Meksyk jest pełen niespodzianek i zaskoczeń! W godzinach szczytu trzeba uważać na kieszonkowców. Poza tym, jest wesoło i kolorowo. Warto mieć w kieszeni kilka peso i dać tym, którzy tam, gdzie gromadzą się ludzie, szukają pomocy. Nie podejrzewając, że to oszuści, gdyż sporo ludzi w Meksyku, po prostu w ten sposób zbiera na chleb (a dokładniej: kilka placuszków tortilli...)

Podczas wypraw na dalsze trasy korzysta się najczęściej z autobusów, czy busów zwanych: colectivos. Ekonomiczna forma i zazwyczaj skuteczna. Na najdalsze, kilkuset kilometrowe trasy wyruszają z kolei ze specjalnych przystanków super wygodne, nowoczesne, autobusy liniowe. Jest kilka takich linii, zależy z jakiego rejonu wyruszamy i dokąd. Czasem warto przemyśleć opcję lotu samolotem. Cena bywa podobna , a czas dotarcia zdecydowanie krótszy. Europejczykom trudno sobie wyobrazić ogromne odległości oraz tereny Meksyku.

Lokomotywa z marzeń

W Meksyku nie ma sieci kolejowej. Niegdyś istniała w niektórych miastach, potem z pasażerskiej w takiej samej, niewielkiej mierze, funkcjonowała kolej towarowa. Dzisiaj przebąkuje się o próbie utworzenia na Jukatanie linii Tren Maya, ale = jak pozostałe z obecnie istniejących symbolicznych wręcz linii, będzie miał tylko jakieś znaczenie dla turystyki.

Dla fanów podróży pociągami, polecam przejażdżkę pociągiem El Chepe, która prowadzi przez Kanion Miedziany. Trzystu pięćdziesięciokilometrowy odcinek od Los Mochis (w stanie Sinaloa) do Creel (Chihuaha) przemierza on ponad 9 godzin. Turyści mogą sobie w tym czasie podjeść w wagonie restauracyjnym i podziwiać widoki z panoramicznego wagonu obserwacyjnego. A jest na co popatrzeć...

Historia kolei meksykańskiej wiąże się z rokiem 1873, kiedy oddano do użytku pierwszą linię kolei wiodącą ze stolicy do portowego miasta Veracruz. Dwadzieścia lat wcześniej istniała co prawda króciutka linia kolejowa z El Molino do Veracruz, ale miała ona znaczenie jedynie symboliczne. Podobnie, jak istniejąca do dziś, jeszcze bardziej symboliczna linia w malowniczym mieście Guanajuato (centralny Meksyk) na odległości... 102 m! Ale za to dwa (także symboliczne wagoniki mogące przewieźć po 5 osób) wspinają się w nachyleniu 30%. Atrakcja turystyczna, ale też pomoc w dotarciu na okoliczne wzniesienie dla osób niepełnosprawnych i gości mieszczącego się tam hotelu.

Miałem okazję być w niewielkim muzeum kolejnictwa w stolicy podczas którejś z moich licznych wypraw. Czasowa wystawa ukazywała kolej jako ważną sieć do przewozu pulque, czyli lokalnego bimbru, do stacji w Veracruz. Stamtąd pewnie statkami próbowano dostarczać ją do Hiszpanii. Jednak misja ta okazała się fiaskiem. Poza Meksykiem nigdzie nie skosztujecie pulque. Prawdziwy napój tych ziem, ożywczy, niskoprocentowy, ale dający kopa! Nic dziwnego, że miał wielu swoich fanów. Liczne kantyny serwowały tylko ten trunek, a miejsca te przeznaczone były tylko dla mężczyzn. Pewnie z obawy o bezpieczeństwo płaci pięknej. Jaki smak ma pulque? Piłem kilka rodzajów, wszystkie domowej roboty. Smak trochę nijaki przy pierwszym skosztowaniu. Może dlatego czasem dodają do niego naturalnych soków? Mętny, biały, z niedużą pianką, jeśli świeży. Ustany jej nie posiada. No, ale miało być o transporcie, nie o trunkach,,, Odnośnie kolei warto zwiedzić dwa muzea kolejnictwa: w Puebli oraz w Merida (na Jukatanie).

Prawo jazdy przez prawa

Jak kierują autami Meksykanie? No, cóż... Zupełnie inaczej niż w Europie. Zastanawiam się, czy posiadają w ogóle jakieś ustalone zasady jazdy. Jeżeli tak, to są bardzo umowne. Zresztą – po co reguły?! Gdzie mieliby się ich nauczyć? Ten chaos na jezdni może tłumaczyć fakt, iż aby zdobyć prawo jazdy nie potrzeba żadnych egzaminów, testów i wielu dokumentów, a nawet badań. Teoretycznie każdy jest zdolny do prowadzenia auta. Wystarczy tylko, że wypełni odpowiednie dokumenty wyciągnięte ze stron urzędu miasta, posiada dowód tożsamości i przyniesie ostatni rachunek za prąd (który potwierdzi jego adres zamieszkania). No, i obowiązkowo dowód wpłaty 870 peso czyli ok. 220 zł), potem podpisze dokument, zostawi odciski palców w urzędzie, uśmiechnie się do robionego mu zdjęcia, do ręki dostaje wydrukowany dokument i... może ruszać w trasę! Z przytupem w dodatku.

Dlatego może na ulicach zdarza się wiele stłuczek i wypadków, często śmiertelnych. W Meksyku istnieją szkoły jazdy, ale oferowane kursy są nieobowiązkowe i kosztowne, więc chętnych na nie praktycznie nie ma. potwierdził mi to jeden z moich przyjaciół z Campeche, Lucio, właściciel jednej z takich szkół. Żeby nie dorabiał będąc kierowcą osobowego busa, nie miałby jak utrzymać rodziny.

Kiedy próbowałem jeździć z zasadami, trąbiono. Wpychanie się, jazda na trzeciego to codzienność, a istnienie światłem mijania w samochodach to w sumie nie jest potrzebne, bo i tak nikt ich praktycznie nie używa.

Dla łamiących nagminnie zasady drogowe, ci którzy sami je łamią (czyli praktycznie... wszyscy w Meksyku) są bardzo wyrozumiali. Nie znałem jeszcze miasta, więc pomoc nawigacji była niezbędna. Okazało się, że jest ona zawodna. „Skręć w prawo”. No, to kręcę. Jadę spokojnie pod górkę, szeroka betonowa ulica. Z naprzeciwka cisną auta. W pewnym momencie coś mnie zaniepokoiło. Bo nikt za mną nie jedzie, nie wyprzedza... Dziwne... Po mojej stronie przy krawężniku gęsty rząd samochodów. Są zwrócone przodem do mnie. Nagle jakiś przebłysk: „Jadę pod prąd! Przecież tu chyba jest ruch jednokierunkowy...”. Nikt jednak nie błyskał światłami, nie krzyczał, nie trąbił... Zwolniłem. Jakiś facet właśnie parkował, wyszedł z auta. Rękoma pokazałem gest bezradności. Gość nie przejął się. Pokiwał głową, wyszedł na ulicę i zatrzymał ruch, żebym mógł zawrócić. I pojechałem dalej. Tym razem w dobrą stronę.

Ruszam w trasę

Chociaż kieruję autem już 32 lata to miałem pewne obawy, żeby wsiąść za kółko, zwłaszcza nie mojego auta. Pożyczał mi je mieszkający w parafii padre Raul. Rzadko poruszał się nim, gdyż osiemdziesiąt siedem lat na karku pozbawiło go refleksu. Widać, miał już dość słuchania trąbienia nerwowo mijających aut, gdy spokojnie przemierzał ulice Cuernavaca. Auto zresztą miało tylko nieco lat mniej niż on. Tary, wysłużony Nissan, model Tsuru, to w sumie zabytek. Zero elektroniki. Jedynie rzężące radio to jej jedyny przejaw. Dodatkową trudnością jazdy był fakt, że wszystkie szyby były jakby matowe. Próbowałem przemyć je w trakcie pierwszej jazdy. To był zły ruch. Przestałem widzieć przez nie. Wycieraczki nie zbierały wody, a mgła jakby przybrała na sile. Dobrze, że było gdzie stanąć. Z tym nie ma problemu. Bo Meksykanie stają nagle, gdzie im pasuje. I nikt się nie wkurza. Nawet jeśli to jest na środku jezdni. Norma!

  • Padre Raul – pytam staruszka – A kiedy zmieniałeś opony i klocki hamulcowe, bo coś nie widzę bieżnika, a hamulce piszczą?

  • Nie pamiętam... Dawno. Miałem zmienić, ale był Covid, zresztą jakoś jedzie, a daleko już nie pojadę. Ale będzie z jakieś osiem lat.

  • Dawno.

  • A to trzeba zmieniać? Nie wiedziałem...

Problem kół wspólnymi siłami rozwiązaliśmy. Ale szyby trzeba by oddać gdzieś do wyczyszczenia mechanicznego, bo żadne środki chemiczne nie nadadzą im przejrzystości. Żeby było ciekawie, z lusterkami jest to samo, więc właściwie otwieram na oścież okna (dobrze, że jest ciepło i nie pada!), i pomykam do przodu. Policji nie ma, nie czekają z żadnymi radarami, nie ma elektronicznych pomiarów. Jedynym, co ogranicza szybkość są czasem dość gęsto stawiane tzw. topes, czyli progi na jezdni. Nie zawsze wyraźnie oznaczone. Niższe auta mają więc nieco przeprawy, ale tutaj, może dlatego, większość ma samochody z wysokim podwoziem. Albo tak stare, że jeden próg, czy drugi, im już nie zaszkodzi. Ledwie kołaczą się po drogach, jak sterty ruchomego złomu. Ale jadą! I nikt im nie sprawdzi przydatności do jazdy.

Autostrady są dobre, choć też płatne. Na pewno różne od europejskich. Podrzędne, miejskie ulice pełne dziur i nierówności.

A może lepiej piechotą?

Zapewne wielu teraz sobie pomyślało: „Nie kierowałbym autem w Meksyku! To zbyt ekstremalne i niebezpieczne”. Ale... nie trzeba wsiadać wcale do auta, żeby mieć ekstremalne przeżycia drogowe. Samo przejście jezdni to spory wyczyn. Nikt nie reaguje na pasy drogowe, które czasem wymalowane są na jezdni. Przyzwyczajony do europejskich standardów zaczynam przechodzić przez jednię do jednej z naszych kaplic. Patrzę w lewo, w prawo... Stawiam dwa kroki. Słyszę zgrzyt i pisk, pomieszany z przekleństwami. Ufff, dobrze, że wyhamował! Ale musiał pędzić, chociaż nie był to samochód wyścigowy. Od pewnego czasu, po prostu kilka razy patrzę w obydwie strony, i kiedy nie widzę nawet daleko będących aut, przebiegam.

Zdecydowałem się kupić motocykl. Nie drogi, dane techniczne nie powalające, ale za to wizualnie ładny. Będę mógł jeździć, a to to niezbędne do mojego tutaj funkcjonowania. I na pewno będę częściej niż w Polsce czy Italii modlił się do św. Krzysztofa, o pomyślną jazdę. Jeżdżąc po meksykańskich drogach bardziej zrozumiałem, dlaczego tak często przychodzą do mnie moi parafianie, żebym poświęcił im auta, którymi jeżdżą.



24/01/2023

Lalka z porcelany

Buenos dias!

Ceramika wytwarzana była od samego początku istnienia cywilizacji, znana była już w epoce paleolitycznej.

Prawdopodobnie jej początków należy szukać we wschodniej Azji, skąd przeniosła się do Azji Mniejszej, a następnie na cały basen Morza Śródziemnego. To wytwór właściwy człowiekowi, który niejako charakteryzuje jego zdolności twórcze do konstruowania przedmiotów praktycznych, ale także związanych ze sztuką, a więc i z estetyką. Wielkie wazy greckie, naczynia epoki Etrusków, ceramika rzymska... Termin „ceramika” wywodzi się zresztą z jęz. greckiego, gdzie κεραμικός (keramikos) pochodził od słowa κέραμος (keramos), który znaczył tyle, co glina; ziemia.

A w Meksyku...

Wyroby ceramiczne były znane w Meksyku już w epoce przedkolumbijskiej. Kiedy przybyli hiszpańscy konkwistadorzy, wraz ze swoimi europejskimi metodami wytwarzania ceramiki, rdzenna sztuka Indian zaczęła mieszać się ze sztuką przybyszów. Jej popularność wzrosła do tego stopnia, że zaczęły powstawać ceramiczne naczynia kuchenne czy łazienkowe. Pojawiać się zaczęły na dużą skalę np. ceramiczne płytki ozdobne, które produkowane są do dziś dnia.

Co charakteryzuje meksykańską ceramikę? Myślę, że zasadniczym elementem sztuki meksykańskiej jest nieograniczona fantazja twórcza tworzących ją artystów, wypełniona mnóstwem kolorów i kształtów. Czasem niezwykle zaskakujące zestawienia kolorystyczne wywołują u odbiorcy niesamowite wrażenie. Nie pozostawiają wątpliwości, że mamy do czynienia ze sztuką pochodzącą z ziemi meksykańskiej. Wprawne oko kogoś, kto odwiedzał różne rejony kraju potrafi nawet dostrzec pewne cechy charakterystyczne dla danego obszaru kulturowego Meksyku. A jest ich sporo, bo plemion Indian było mnóstwo i każde wypracowało pewne właściwe sobie elementy estetyczne, także w obrębie sztuki wytwarzania i ozdabiania wyrobów ceramicznych.

Uwaga na porcelanę!

Chociaż wyroby ceramiczne wytwarzane są przeważnie z gliny, która nie jest szkodliwa dla zdrowia, to pewnym mankamentem jest fakt, że koloruje się je, maluje na nich fantastyczne, piękne wzory farbami zwanymi popularnie gretas. A one posiadają w swoim składzie ołów, który jest szkodliwy dla zdrowia. Niewielkie ilości ołowiu mogą przedostawać się z takich malowanych naczyń do pokarmu, który w nich się znajduje, zwłaszcza kiedy przechowywany jest w nich przez dłuższy czas. Albo, gdy takie naczynie napełnia się kwaśnymi pokarmami lub produktami, np. pomidorami, cytryną, pomarańczą czy cebulą. Badania wykazały, że 15% populacji Meksyku posiada we krwi nieproporcjonalne stężenie ołowiu we krwi (+5 mcg⁄) dL). Lepiej więc zakupione w Meksyku, barwne naczynia traktować jako ozdobne eksponaty; turystyczne pamiątki niż kuchenne przedmioty użytkowe.

Niech się święci 3 Maja!

Kroczę w cieple słonecznego przedpołudnia do sąsiedniej kolonii w mieście Cuernavaca, nazwanej imieniem słynnego obrońcy meksykańskich rolników, rewolucjonisty, kolegi Pancho Villa, Emiliano Zapata. Jednak wszyscy nazywają ten teren od nazwy dość długiej ulicy tam prowadzącej – 3 de Mayo. Trzeci maja, rodzaj meksykańskiej majówki, związany jest z kilkoma okazjami. Jest to fiesta religijna, święto Świętego Krzyża (Dia de la Santa Cruz), ale także jest to święto robotników (Dia del Albanil). Posiada więc pewną konotację związaną z popularnym tutaj niegdyś, a dzisiaj przez wielu jeszcze hołubionym, socjalizmem. Na tym tle wyrosła zresztą tzw. teologia wyzwolenia (teologia de la liberacion). Ciekawe, że święto 3-go Maja obchodzone jest w wielu innych krajach Ameryki Łacińskiej, takich jak Chile, Ekwador, El Salwador, Gwatemala, Paragwaj, Trynidad i Tobago, Argentyna, Kolumbia i Wenezuela. Ale także... w Hiszpanii.

W Meksyku święto to ma potwierdzić fakt, iż posiada on korzenie chrześcijańskie. Nawiązuje więc do pierwszych lat rozpoczętego w XVI w. na ziemiach meksykańskich procesu ewangelizacji. Oficjalnie związany jest z przybyciem hiszpańskich konkwistadorów: Francisco Hernandeza de Cordoba, Juana Grijalva i Hernana Cortesa. Bezpośredni impuls działań ewangelizacyjnych związany jest z osobą franciszkanina Pedro de Gante.

Jednakże, jak zresztą w wielu innych aspektach społeczno-kulturowych oraz religijnych na terenie Meksyku, i w tym majowym święcie można dopatrywać się rysu synkretyzmu. Początek miesiąca maja rozpoczynał ważny czas życia dawnych kultur rolniczych. Był nim okres deszczowy. Plemiona z niepokojem oczekiwały zbawiennego deszczu, który gwarantował dorodne plony, zapewniał płodność ziemi. Był dla nich gwarantem przeżycia. Dlatego w tym czasie nasilały się liczne błagania skierowane do bogów z prośbą o życiodajny deszcz. Ten okres naznaczony był również nasileniem się kultu ofiarniczego.

Dla robotników, zwłaszcza murarzy, krzyż stał się patronującym im symbolem, który ma ich ochraniać przed wypadkami podczas pracy. Po zakończeniu konstrukcji domu niejednokrotnie budowlańcy umieszczają na szczycie domu ozdobiony kwiatami krzyż.

Nie majowy spacer w porcelanowym labiryncie

Przemierzam wypełnione ludźmi ulice kolonii. Wśród nich nie ma turystów. Przynajmniej dzisiaj. Nie czas, nie sezon. Chociaż gorąco, jest przecież dopiero końcówka stycznia! Dzieci wracają ze szkół. Można je rozpoznać po schludnych, ujednoliconych, szkolnych mundurkach. W przerwie pracy spoceni robotnicy siadają na koślawych często krzesłach w przyulicznych jadłodajniach na wolnym powietrzu. Żeby zjeść kilka tacos albo gorditas. Ulica tętni życiem, posiada swój dynamiczny rytm. Gdzieniegdzie słychać handlarzy czy kucharzy, głośno zachęcających do skorzystania z ich usług. Konkurencja jest spora, ale przecież każdy ma swoich stałych klientów.

Najwięcej jednak jest tutaj sklepów oferujących wyroby ceramiczne: figury i figurki, talerze, kubki, wazy... Mam wrażenie, że można tutaj kupić wszystko, czego się poszukuje. Jedyny, obowiązkowy warunek: że będzie to ceramika! Chociaż i ona posiada różne oblicza. Czasami są to wyroby z surowej, wypalanej gliny, a czasami połyskujące w słońcu, pokryte błyszczącym, bezbarwnym szkliwem wazony czy wazy. I te kolory! Czuję się, jakbym się nagle znalazł w jakimś magicznym, bajkowym świecie! W labiryncie wymyślnych kształtów i barw łatwo się zagubić. Zanurzyć myśli bez reszty w tym fascynującym zakątku nierzeczywistej rzeczywistości. Czasami warto wkroczyć w taki świat. Nie tyle, żeby uciekać przed codziennością, co pozwolić przemienić swoje oczy, żeby potrafiły dostrzegać ukryte, pozornie nieobecne barwy świata.

Wśród kolorów jest też czerń

W ostatnim z dziesiątek odwiedzonych przeze mnie sklepików i straganów młoda dziewczyna w skupieniu szczelnie owija w czarnobiałe stronice gazet talerze i niewielkie, białe doniczki.

  • Nie mamy już wiele rzeczy w sklepie... - informuje, uśmiechając się pogodnie.

  • Nie szkodzi. Tak tylko patrzę, z ciekawości. Ale... to znaczy, że zamykacie interes? Dzisiaj tylko, czy na zawsze?

  • Tak, zamykamy ostatecznie. Ale mamy jeszcze dwa sklepy w stolicy.

  • A jaki powód? Pandemia, czy może inny?

  • Nie wiem. Ja tylko tutaj pracuję – i znowu ten uśmiech, szczery i pełen pokoju. Wiem, że bywa, iż niektórzy przyuczani są, czy nawet przymuszani, żeby się uśmiechać do klientów. Wtedy handel lepiej idzie. Ale nie w Meksyku. A nawet jeśli, to bardzo rzadko. Tutaj po prostu ludzie są z natury mili i serdeczni.

  • Może zbyt duża konkurencja?... Bo chyba obszedłem ze sto podobnych sklepów!

  • To całkiem możliwe. Ta dzielnica słynie z ceramiki. Prawa rynku takie jednak są, że przetrwają najsilniejsi.

  • Zupełnie, jak w świecie zwierząt... - pomyślałem. Instynkt przetrwania połączony z brutalnymi metodami walki o swoje. Mechanizmy egoizmu tworzące sytuacje konfrontacji i walki. A potem satysfakcja ze zwycięskiej bitwy. Wynikiem tego wszystkiego są zawsze ofiary. Czasami, a może więcej niż czasami, niewinne. Jak ta dziewczyna... Nie spytałem, czy ją zwolnią z pracy z powodu zamknięcia sklepu. Nie chciałem przyćmić jej uśmiechu. Nieostrożnie strącić go z jej ust jak kruchy, porcelanowy wazon, który spadając rozsypałby się na tysiąc malutkich kawałków.

NIECO FOTEK Z TEJ WYPRAWY...

 



...I KRÓTKI FILM O TYM KOLOROWYM MIEJSCU





13/01/2023

Prymicje w stylu mexican retro

Buenos dias!
W wielu rejonach Meksyku możemy dostrzec synkretyzm, który jest oczywistym elementem przenikających się kultur. Pojawia się on na różnym tle, społeczno-kulturowym, kulinarnym, architektury czy sztuki. Najbardziej jednak widoczny jest w religii.

Blond zadziwienie

Duże miasto Xoxocotla (potocznie nazywane Xoxo). Jedno z kilku w regionie Cuernavaca, w stanie Morelos, gdzie przeważającą grupę mieszkańców stanowi rdzenna ludność indiańska. Można to zauważyć po ubiorach, charakterystycznych rysach twarzy i kolorze skóry. Tutejsi mieszkańcy są w dodatku niewysocy, żeby nie powiedzieć: niscy. Włócząc się po mercado – znanym w każdym miasteczku meksykańskim, targu, czułem się czasami jak kosmita przybyły z innej planety albo jakaś postać z legendy o olbrzymach. W dodatku z blond włosami, które dla wielu spotkanych stanowiły obiekt ciekawości, a nawet zadziwienia.

- To naprawdę nie są włosy farbowane?

- Nie, naturalne. Takie mam od urodzenia – odpowiadam starszej kobiecie w tradycyjnym, kolorowym, skromnym ubiorze tubylców.

- Ale jak?! Jesteś naprawdę rubio (blondynem) - zdziwienia kobiety sięga zenitu – Na pewno nie są farbowane?

- A jak słońce poświeci, to stają się jeszcze bardziej jasne – odpowiadam z uśmiechem.

Pomyślałem, że jest to tak nieprawdopodobne, że nie uwierzyła. Może powinienem mieć zaświadczenie jakiegoś lokalnego fryzjera? Chociaż kto wie, czy i on nie byłby równie zadziwiony, bo strzygą się u niego zazwyczaj tylko posiadający ciemne (lub siwe, konsekwentnie do wieku), sztywne, gęste włosy. W tej sytuacji, co do włosów więc, trudno upatrywać się jakiegokolwiek synkretyzmu.

Dwa Julki, dwa Cezary

Dzisiaj w Xoxo wielkie święto, do którego przygotowywano się już długi czas. Nie codziennie zdarza się bowiem, że jeden z nich został niedawno wyświęcony na kapłana. Cieszy się wspólnota procentowo małej liczby katolików, jak i wszyscy inni. Z tej wioski wyświęcono już niegdyś co prawda księdza, ale było to piętnaście lat temu. Teraz przyszła kolej na Julio Cesara. O jego pierwszej Mszy prymicyjnej chciałbym nieco opowiedzieć, gdyż było to wydarzenie niesamowicie obrazowe, nasycone wspomnianym synkretyzmem religijnym. W Meksyku jest już coraz mniej tego typu wydarzeń. Niektóre zwyczaje zatracają się, gubią i zanikają. Przyczyn tego postępującego procesu można doszukiwać się w wielu czynnikach nie sprzyjających zachowywaniu dawnych zwyczajów. Zresztą to proces, który dotyczy nie tylko ludności ziem Ameryki Łacińskiej, ale także i terenów Europy, np. Italii.

Przy głównej bramie miasta czeka tłum ludzi. Lokalna banda (nie mylić z gangiem czy inną grupą przestępczą! - chodzi o zespół orkiestry, głównie oparty na instrumentach dętych) wygrywa skoczne kawałki. Trąbki i trąby metalicznym głosem odbijają się echem od okolicznych, niewysokich, szczelnie do siebie przylegających domostw, przy wtórze głuchego dudnienia bębna. I oto jest! Główny bohater całego zamieszania. Główny, choć przypuszczam, że nie mierzy ponad 150cm wzrostu. Szczupły, żeby nie powiedzieć: chudy, o ciemnej karnacji. Imię za to dostojne i budzące respekt: Juliusz Cezar. Zaznaczyć jednak wypada, że Juliusz Cezar miał jednak ok. 174 cm wzrostu. Może zatem inny fakt łączy meksykańskiego Juliusza z tym rzymskim? Rzymski po przekroczeniu rzeki Rubikon wyrzekł sentencję, która na stałe wpisała się w historię: Alea iacta est! (Kości zostały rzucone!) Powiedzenie oznaczające podjęcie nieodwracalnej decyji. Meksykański Julio nie tak dawno podczas swoich święceń wyrzekł te same praktycznie słowa, oddając się całkiem na służbę Bogu.

Wieńce, kadzidełka i kosze z darami

Przedstawiciele rodzimej wspólnoty dekorują głowę Julio wiankiem z kwiatów cempasúchil (aksamitki), a na jego szyję nakładają wieniec z tych pomarańczowych kwiatów. Podobnie kobiety czynią z przybyłymi licznie księżmi, uczestnikami uroczystości. To znak wielkiego szacunku i honoru. Takimi wieńcami przyozdabia się tylko przywódców oraz ludzi zasłużonych. Kiedyś byli to lokalni władcy plemienni i kasta kapłanów. Prawdopodobnie owo myślenie kastowe przetrwało w mentalności tych ludzi do dziś dnia. Kwiaty te są nierozerwalnie złączone z celebracją Dia de los Muertos. Są to kwiaty zmarłych. Może tutaj, w odniesieniu do kapłanów, mają oznaczać ich obumarcie dla świata? Ich zadanie prowadzenia ludzi do świata zmarłych, czyli: przygotowywanie do wejścia w bramy życia wiecznego? To jednak moje, daleko idące myślenie, które wyrażam w postaci pytań.

Nie wiadomo skąd, nagle pojawiają się ubrane na czarno kobiety, z dymiącymi, glinianymi miseczkami w rękach. Podchodzą do każdego z księży i płynnymi ruchami, tańcząc, okadzają ich. Symbol oczyszczenia. Szamani używali okadzeń do odpędzania złych duchów, a więc też do ochrony człowieka. Czasem wykorzystywano do tego celu szałwię białą. Nie byłem w stanie rozpoznać zapachu tego swoistego kadzidła. Jeszcze tylko inna grupa kobiet przybliża się i posypują nsze głowy jakimś konfetti. Domyślam się, że to znak rozpoczęcia świętowania, zaproszenie do radości. Nawet, gdy ten papierkowy łupież szybko spada z głów na ziemię. Może tak właśnie musi być?

Wreszcie można wyruszyć. Orkiestra znowu przygrywa, kobiety kroczą kołysząc się zwiewnie, a kadzidło z ich niegasnących naczyń unosi się w górę. Jest upalnie i bezwietrznie. Docieramy do celu. Dzisiaj Msza na otwartej przestrzeni. Jest około tysiąca ludzi! Msza, jak to Msza. Jedynie element dostarczenia darów (tzw. ofertorio) znowu odwołujące się do dawnych zwyczajów. 

Wspólnota ofiaruje w darze m.in. żywe jagnię. Od pory przybycia zwierzęcia, głośne beczenie baranka regularnie towarzyszy liturgii. Cóż, każdy modli się jak potrafi. Nawet zwierzęta, na swój sposób, i nie przyjmując się wcale o innych. Ofiarowane dary wskazują, że tutejsi Indianie byli ludnością rolniczą. Kosze darów ich ziemi i ich pracy: orzeszki, kukurydza, ziarna słonecznika. Ciasto drożdżowe wypieczone w formie baranka. Do tego kilka potężnych, glinianych dzbanów, zapewne z tutejszym alkoholem albo owocowym sokiem. Tutejsi ludzie dzielą się tym, co posiadają. Ich gościnność poznałem wiele razy.

IV: Czcij ojca i matkę swoją

Ciekawą tradycją, bardzo wzruszającą dla księdza sprawującego po raz pierwszy publicznie Mszę św. jest zwyczaj ofiarowania swoim rodzicom na zakończenie liturgii dwóch symbolicznych przedmiotów: mamie – puryfikaterza (niewielkiej, białej, płóciennej ściereczki służącej do oczyszczenia pateny i kielicha), a tacie – stuły. Są to przedmioty, które, kiedy umrą, wkłada się im do rąk, lub kładzie na piersiach, do trumny. Podczas, gdy staną przed obliczem Stwórcy, mają one wskazywać, że oddali Bogu to, co mieli najcenniejszego w życiu – swoje dziecko. Ma to otworzyć im bramy raju.

A po ceremonii oficjalnej, to mniej oficjalna, ale bardzo oczekiwana. Wspólne świętowanie zaproszeni są wszyscy! Nie ma wybranych, równych i równiejszych. Dla każdego wystarczyło zupy ze strzępkiem wieprzowego mięsa w środku, świeżych tortilli oraz obowiązkowo kawałka wielkiego tortu, który tradycyjnie pokroił bohater tego święta, Julio Cesar. Podczas jedzenia, na scenie odtańczono m.in. Taniec Starców (Danza de los Viejos), który co prawda pochodzi z terenu Michoacán, ale zadomowił się i tutaj.

Niezwykłe prymicje, okraszone refleksją a także dzieloną wspólnie radością. Bo przecież samotna radość coś traci z siebie, a dzielona jakby pomnażała się i wzrastała. Ważne, żeby była. I jedna, i ta druga.

A jutro znowu dzień pełen wyzwań i trosk. Jak to w życiu. Ono nie jest fiestą. Ale może się nią stawać, pomimo i ponad. To już zależy od nas samych.

Lila: Indianka, która stała się muzyką

  Buenos dias! Spośród licznych artystek meksykańskich od samego początku, kiedy usłyszałem jej aranżacje znanych mi skądinąd utworów zako...