Buenos dias!
W
centrum stolicy stanu Morelos, Cuernavaca, dokładnie naprzeciw
monumentalnej katedry, mieści się jeden z najbardziej znanych tutaj
ogrodów, Jardin Borda. Parków i ogrodów wypełnionych bujną
roślinnością tutaj nie brakuje, wszak to Miasto Wiecznej Wiosny,
jak określił niegdyś Cuernavaca niemiecki podróżnik i etnolog
von Humboldt.
(S)pokój
i niepokój
Nic
dziwnego, że miejsce to od samego początku przyciągało wielu
artystów oraz ludzi spragnionych spokoju i wypoczynku pośród
piękna otaczającej natury. Niestety, od około dziesięciu lat
skrajnie wzmożona przemoc, stanowiąca realne zagrożenie dla
każdego tu przebywającego, odebrała miejscu miano spokojnego.
Niemniej przechadzając się pośród zieleni i przyjaznego
człowiekowi klimatu, można na chwilę zapomnieć o cieniach, które
przecież posiada każda ziemska rzeczywistość. Szczęście na
ziemi to chwile, dlatego warto łapać je, przeżywać i radować
się, że są, pomimo i ponad.
Ogród
W
ogrodzie Borda byłem kilka razy na przestrzeni kilku lat. Znane,
wręcz kultowe miejsce, które warto odwiedzić. Czy raj na ziemi?
Nie wiem. Pojęcie raju jest subiektywne, bo każdy może pojmować
go i odczuwać w inny sposób. Muszę stwierdzić, że ogród za
każdym razem, jak sięgam pamięcią, robi na mnie podobne wrażenie.
Jakby nawet drzewa i rośliny zatrzymały się w swoim wzrastaniu, co
przecież nie jest możliwe, gdyż wpisane są w zmieniający się
cykl przyrody.
Bogacza
stać
Jego
początki związane są z postacią niejakiego Josepha Gouaux de
Laborde Sánchez, zwanego potocznie don José de la Borda, żyjącego
w XVIII w. Mający hiszpańsko-francuskie korzenie Borda był
właścicielem kopalni srebra, który wyemigrował do Nowej
Hiszpanii i tam dzięki swojej profesji impresaria dorobił się
ogrmnego majątku budując kopalnie w Taxco oraz Zacatecas. Bogacz
miał swoją pasję związaną z architekturą. Pasja i posiadane
fundusze na jej praktykowanie zaowocowały wybudowaniem świątyni
Santa Prisca w Taxco Guerrero, i również opisywanego ogrodu,
noszącego imię swojego właściciela.

Don
José Borda był człowiekiem bardzo pobożnym. Dlatego w obrębie
ogrodu znaleźć możemy także nieduży kościół, który leżąc
na łożu śmierci zlecił pobudować 30 maja 1778 r. Znajdujące się
na terenie ogrodu zabytki architektoniczne zbudowane są w stylu
wersalskim (wiadomo, Borda był pół Francuzem), jak również
włoskiego baroku. Cały ogród kompozycją nawiązuje jednak do
francuskiego, osiemnastowiecznego stylu.
Przyrodnicze
ciekawostki
Swój
ogród Borda traktował jako własną letnią rezydencję. Idealne
miejsce na wakacje. Sztuczne jezioro, dwa pobliskie mu baseny,
wielopoziomowe terasy, schody, a wszystko otoczone niezwykłą
kolekcją botaniczną. Drzewa owocowe, zioła, mnóstwo
charakterystycznych dla ziemi meksykańskiej roślin, skupionych w
jednym miejscu, m.in. atoyaxocotl (śliwka), cacaloxitl
(zwana kwiatem majowym), palma wachlarzowa, goździk, kopal, chaya,
tlilsapotl,
pascualxochitl (Gwiazda Betlejemska), zompantle,
tzompancuahuitl,
cuajinicuitl, matarata,
cocoite,
guaje, huacen,
guamúchil,
ahoacaquahutl (awokado), amate prieto, guajaba,
święty liść, czy zapote. Przechadzając się ścieżkami
pośród tych cudów natury rozpoznałem tylko niektóre z nich.
Jednak nawet te bezimienne budzą mój zachwyt i zadziwienie.
Osobistości
i zjawy w ogródku
Zresztą,
nie tylko mój. Na przestrzeni historii przebywało tutaj i cieszyło
się tym zielonym klimatem wiele znanych osobowości, m.in.
Maksymilian
Habsburg i jego żona Carlota, polityk Francisco I Madero (prezydent
Meksyku w latach 1911-1913), rewolucjonista Emiliano Zapata,
Sebastián Lerdo de Tejada (prezydent Meksyku w latach 1872-1876),
gen. Francisco Leyva (czasy rewolucji meksykańskiej), dyktator
Porfirio Díaz czy muralista Diego Rivera. Z całą pewnością
bywała tutaj nie jeden raz nasza polska malarka Tamara Łempicka,
która ostatnie lata życia mieszkała właśnie w Cuernavaca.

Legendy
o jardin Borda wspominają, że czasami ukazują się tutaj duchy,
np. mitycznego władcy azteckiego Moctezuma, Carloty – żony
Maksymiliana Habsburga, czy... jakiegoś chudego, kościstego
zakonnika. Widziany bywał ukryty między ciernistymi krzewami, ale
mimo to nie raniły go. Stąd świadkowie mówią, iż była to
zjawa. Prawdopodobnie zmarły dawno temu spowiednik rodziny Borda.
Każdy zamek, każde znane miejsce ma jakieś swoje opowiastki i
legendy. Są one jak sól nadająca lepszy smak całej potrawie.
Łatwo się je zapamiętuje, i wcale nie potrzeba roztrząsać, czy
są prawdziwe czy nie.
Kultura
wśród roślin urosła
Dzisiaj
w jardin Borda mieści się centrum kulturalne. Na jego terenie
znajdują się czasowe wystawy malarstwa, rzeźby i fotografii oraz
odbywają się koncerty, pokazy tańców czy przedstawienia
teatralne. Jest tutaj także niewielka kawiarnia, a także naprawdę
dobrze zaopatrzona w wartościowe książki z dziedziny kultury,
sztuki i historii, księgarnia. A mnie osobiście dodatkowo cieszy,
że jako legalny obywatel miasta nie muszę kupować biletu wstępu
do tego miejsca, gdzie można pooddychać nieco zarówno sztuką, jak
i cudownymi roślinami, wkomponowanymi w architekturę. Zawsze
lubiłem przestrzenie łąk, zapach puszczy i dźwięki mieszkające
w lesie. Szum fal i potęgę bezkresu oceanów. Podwodne łąki i
szum wiatru na szczytach gór. Jardin Borda tego nie zastąpi, ale
trochę wywołuje te wspomnienia i bez wątpienia daje odpocznienie.
Ale czy... zawsze?...
Słodko-kwaśna
przygoda z el Pato
Wybrałem
się do Jardin Borda. Bez konkretnego celu, po prostu pochodzić
sobie, może odkryć coś nowego w tym znanym mi miejscu. Krótka
rozmowa z sympatyczną panią, która skupia w sobie trzy funkcje:
strażniczka, bileterka i szatniarka. W szatni zazwyczaj ludzie nie
zostawiają żadnych płaszczy czy kurtek. Bo tutaj zawsze klimat
wiosenny! Ale jakieś torby, torebki i plecaki, owszem.
Udałem
się nad spory staw, czy może bardziej kanał, otoczony stonowanym,
betonowym obrzeżem. O tej porze nie ma tutaj zbyt dużo ludzi.
Odpowiada mi to. Lubię moje samotne dalsze bub bliższe, wyprawy,
pomimo iż czasami dobrze jest dzielić z kimś te same chwile i
widoki.
Przystanąłem,
by zrobić zdjęcie. Tafla wody odbija w sobie jak w lustrze
okoliczne drzewa i krzaki o fantastycznych kształtach, z których
każdy może ujrzeć coś swojego, przetworzonego przez osobistą
fantazję, grę cieni i osobiście odczytane kształty. Lubię
fotografować. To jakby próba zatrzymania ulotności chwili, widoku
i odczuć. Jakaś kalka, bo przecież tylko realne spotkanie ma w
sobie niepowtarzalną wartość.
Zapatrzony
w obiektyw nie dostrzegłem, że ktoś zbliżył się do mnie.
Poniżej kolan odczułem jakieś lekkie dotknięcie.
Nie
zgadłem. To był... kaczor! Duży. Kulturalnie chciałem go
przywitać. Schyliłem się i wyciągnąłem dłoń. Niestety, nie
każde stworzenie, podobnie jak i ludzie, są przyjacielsko
nastawieni do innych. Twardy dziób chwycił moją dłoń i kolejny
raz przymierzał się, by zaatakować. Wyprostowałem się. Niestety,
tym razem dziób serią szybkich ukąszeń zaczął wbijać się w moje
nogi. Zacząłem dość szybko odchodzić z tego miejsca, myśląc,
że to rewir agresora. Albo, że w pobliżu jest jego małżonka ze
stadkiem kacząt. Ale... wokół niczego nie dostrzegłem! Pospiesznie
idę wzdłuż akwenu. Kaczor szybko biegnie za mną. Przyspieszam. On
wskakuje do wody, aby dotrzymać mi kroku. I nadal podąża za mną,
widocznie rozjątrzony. I to już od ponad dobrych kilkudziesięciu
metrów! Co zrobić?! Nie mogłem się w żaden sposób uwolnić od
tego wojowniczego kaczora.
Nagle
wpadłem na jedyne w tym wypadku rozwiązanie, które nagle przyszło
mi do głowy. Tuż przy wodzie ujrzałem nastoletnią parę. Może
uciekli ze szkoły na wagary? Zapatrzeni w siebie, uśmiechnięci,
objęci. Jak to zakochani... Postanowiłem po prostu przejść obok
nich, żeby depczący mi po piętach prześladowca skupił na nich
swoją uwagę. Plan się powiódł. Kiedy kaczor zauważył młodych,
zbliżył się. Dziewczyna, bardziej odważna, wyciągnęła dłoń w
kierunku ptaka. No, więc ten przywitał się z nią, jak wcześniej
ze mną. Szczypiący ból wywołał pisk dziewczyny. A siedzący obok
niej adorator szybko wstał i zaczął uciekać, zostawiając
biedulkę samą. Ale na szczęście dla niej, kaczor zaczął go
ścigać, bezlitośnie skubiąc po łydkach. Pomimo próżnych prób
obrony młodzieńca.
W
duszy śmiałem się z tego zdarzenia, nawet pomimo odczuwalnych na
moich nogach skutków ataku kaczora, strażnika ogrodu Borda. Do dziś
nie wiem, czy on tak z natury, czy może wyszkolony, czy może jednak
gdzieś przeoczyłem jego rodzinę, której bronił? A może po
prostu nie lubił intruzów, a bardzo lubił zaczepki? Ot, taki
meksykański zawadiaka, przypadkiem napotkany wśród piękna
przyrody. Ale... przecież i on stanowił jej element. Równie piękny. Zrozumiałem, że piękno także może być męczące.